W GOŚCINIE U WOJSKA POLSKIEGO

Rok temu jeszcze, w Paryżu, śnił mi się jasny i słoneczny sen o Tryumfatorach: o tych, co poszli w „mgłę poleskich dróg”, o tych wszystkich, którym Bóg miłościwy zwolił zarzewie wojny nieść hen, na Litwę, na biota Prypeci, pod stare mury Chocimia.

„Z pod Ostrołęki, z pod Grochowa „Toczy się żywych piersi wał,

„—I leci w niebo pieśń bojowa—

„—Sam Książę Józef rozkaz dał”.—

Nić żywej tradycyi, chwała polskiej broni, blask polskiego oręża—wszystko to było w śnie o Tryumfatorach. Dziś—danem mi było przeżyć nie sen, ale rzeczywistość, nie rapsod bijącej żywem tętnem poezyi, ale całe dwa niezapomniane, słońca pełne, dni, spędzone w gościnie u Wojska Polskiego.

Czyżów, Ostrołęka, Zambrowo... Szerokie polskie równiny, tyle razy skropione ofiarną krwią.

Tyle mogił wokoło—dawnych, zapomnia-nych zupełnie—i tyle nowych krzyżów przy-drożnych, tyle mogilników, tyle śladów wojny, co przeszła znów przez te strony. Mój Boże! jakże się to mało zmieniło: popalone wsie i folwarki, groby żołnierskie, lasy na horyzoncie, moczarzyska szerokie... Tak samo tu było lat temu osiemdziesiąl sześć. Kto wie, może to z tego miejsca właśnie, wsparłszy notes o łęczek kulbaki, pisał do żony je-nerał Ludwik Kicki: „ludzie moi zabrali bagaże jenerała Bistróma; rozdałem im wszystko i, mimo bogatego łupu, jak byłem, tak jestem biedakiem”. Może to na tamtem wzgórzu zjawił mu się—jak widzenie nadziemskie —ów starzec, modlący się z wyciągniętemi w górę rękoma—jak się dowiedział później—żołnierz kościuszkowski. Kto wie—może z tam tego dalszego wzgórza, ku Ostrołęce, widać te sławne błotne topiele, gdzie wpędził kawaleryę Skrzynecki.

—           Śmierć pewna—mówi Prądzyński.

—           Obowiązkiem jest ginąć, spełniając rozkazy—twardo odpowiada naczelny wódz.

I ginęli spokojnie, z głuchym żalem w sercu, że giną, i nie będą mogli dalej służyć Ojczyźnie. Ginęli, jak ów Ludwik Kicki, na dwoje rozdarty, który patrzył w niebo z uśmiechem i myślał o swoich... Panie pułkowniku Żymierski... takie oczy i pan miał wtedy w szpitalu, walcząc resztką sił swoich z ogniem czternastu ran. Takie oczy znów na polskie niebo spojrzały, by sam błękit rozjaśnić i blaskiem tym opaść na ziemię.

Osiemdziesiąt sześć lat... Minęły te lata jak sen, gorzki, upiorny sen. Odeszły pokolenia, odeszli dawni ludzie, ale rok trzydziesty pierwszy trwa jeszcze. Widziałem to, czułem, i przeżyłem z wami. Panowie oficerowie pierwszej brygady, stojącej w Zambrowie! Żołnierze polscy! Kochany drugi pułku żelazny, zwólcie, że słowem swojem złoży wam tutaj cześć jeden z tych, co na obczyźnie, w wirze obcej wojny o was długie lata marzyli i tęsknili za wami. I wam, panowie oficerowie sztabu, którzyście mię w Warszawie po bratersku przyjęli. I wam w szczególności, panowie pułkownicy. Odjeżdżając z kraju, wywożę radość i siłę: oto długo i serdecznie ściskałem dłonie dzielnych ludzi.

Szczęśliwy zrządził, że zastałem w Zambrowie prof. d-ra Jerzego Mycielskiego, pierwszego gościa wojska polskiego. Podejmowano go wspaniale. Nie mówiąc już o synowskim stosunku pułkownika Żymierskiego i brygadyera Januszajtisa do zasłużonego przyjaciela Legionów, podkreślić tu pragnę ową jasną, słoneczną prostotę, z którą odnosili się do dostojnego gościa brygady oficerowie i żołnierze.

Żyliśmy życiem pułku. Z pułkiem razem szliśmy do kościoła na mszę. Z pułkiem razem słuchaliśmy w skupieniu żołnierskiego na-bożeństwa. Widzieliśmy szary łan mundurów polskich, pokłosie głów, chylących się na Pod-niesienie. Razem z grupką oficerów szliśmy przed pułkiem, by stanąć na wzgórku i patrzeć, jak przed nami defiluje żelazny pułk drugi, jak błyszczą nagie szable oficerskie, i patrzą ku swemu pułkownikowi wierne, żołnierskie oczy.

Byliśmy w koszarach, widzieliśmy życie codzienne, kwatery, zabawy, zeszyty wierszy o bajecznym rozmachu i temperamencie. Widzieliśmy wreszcie w polu i na placach przed koszarami ćwiczenia.

Szły karabiny maszynowe—stawały na pozycyach. Kompanie rozwijały się w długie linie, rozsypywały się w tyralierę. Szło wszystko sprawnie, sprężyście, z takim ogniem rzetelnym, z energią niebywałą. I te oczy, te oczy żołnierskie, w pułkownika wpatrzone...

Mimowoli porównywałem tę sprawność, to wyszkolenie pierwszorzędne, z zaniedbaniem francuskiego żołnierza. Spędziłem we Francyi długie lata, lecz ani razu nie widziałem takiego żołnierza, jak polski.

To trudno. Sam materyał nie wystarcza. Potrzebna jest jeszcze szkoła, ta świetna szkoła, i chrzest krwi i ognia, który tak wykuł duszę polską, tak ją zahartował i wzmocnił ogromnie. Potrzeba było Karpat i Styru, Lu-blina i Polesia, by tchnąć to wszystko w serca, co dzisiaj błyszczy w oczach żołnierskich i przewija się w tym szarym wężu naszego polskiego wojska, maszerującego przez łomżyńską równinę.

Nie zdoła zapomnieć nawet człowiek bez serca tych dni, cośmy w Zambrowie przeżyli. Dźwięczy mi jeszcze w uszach piosnka żołnierska. Rok trzydziesty pierwszy powracał na skrzydłach pieśni. Cóż stąd, że uschły dawno te rozmaryny, do których śpiewali żałosne melodye ułani Dwernickiego? Cóż stąd, że dawno już w grobach te dziewczęta polskie,

O których mówi piosenka?

Wszystko to jest niczem, popiołem, rosą, uśmiechem tylko—wobec rzeczy żywych i silnych. Wobec tych serc, które biją dla rzeczy świętych, dla jedynych, o które modlić się warto i walczyć. Czem życie ludzkie, czem gorycz doczesnego cierpienia, wobec tej Polski idącej, Polski miażdżącej wszelki chwast doczesności wielkim rytmem dziejowej godziny. Polska być musi, Polska jest już dzisiaj, a kto nie wierzy, niech się zapyta polskiego żołnierza, niech popatrzy na karpacką brygadę, na ułanów Beliny, na wszystkie pułki Legionów...

I nie zapomnę tej konnej eskorty, którą nas zaszczycił pułkownik Żymierski ze sztabem. Czterech ordynansów naprzód, oficerowie obok powozu, za nami, po obu stronach drogi... I to wszystko na tej ziemi Łomżyńskiej, opodal błot Ostrołęki, gdzie przecież jeszcze widmo dawnej klęski nawołuje po nocach. Tyle radości i życia — i ta biała, śniegiem przysypana, krzyżami mogił znaczona równina...

Po raz pierwszy w życiu, podczas gościny w Zambrowie, czułem się w Polsce u siebie. I po raz pierwszy zrozumiałem, że jest to wielkie uczucie. Po raz pierwszy sen o Tryumfatorach stawał się rzeczywistością. Krystalizował się—jeżeli nie na zawsze jeszcze, to na trwałą i mocną chwilę. Pragnienie stawało się wiarą. To też powtarzałem w duchu te strofy pisane w Paryżu, w które moc inna i inna waga wstąpiła, strofy o Tryumfatorach:

„Kto waszej szarży pęd odeprze,

„Kto złamie piersi waszych wał —

,,Napójcie konie wasze w Dnieprze,

„Sam Książę Józef rozkaz dał.

„Niech na mogiłach bluszcz się plecie

„I niech przepada próżny żal—

„Znów polski ułan na widecie,

„I znów się błyszczy w słońcu stal.

„Tryumfatorzy, krwią czerwoni,

„Idziemy w mgłę poleskich dróg—

„Ułańskiej naszej dano broni

„Zarzewie wojny nieść za Bug”.

EDWARD LIGOCKI.

Tygodnik Illustrowany, 14/20-04-1917

Aby dodać komentarz prosimy o zalogowanie się.

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Korzystanie z Witryny oznacza zgodę na wykorzystywanie plików cookie, z których część może być już zapisanych w folderze przeglądarki. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Zbieranie danych o użytkownikach 

Serwis informacyjny 100lattemu.pl zbiera dane osobowe tylko tych użytkowników, którzy się zarejestrowali. Użytkownik, który rejestruje się na stronie wyraża zgodę na przetwarzanie swoich danych osobowych przez 100lattemu.pl w celach statystycznych i marketingowych. Informujemy, że zgodnie z art. 24 ust.1 pkt. 4 Ustawy o Ochronie danych osobowych podanie danych jest dobrowolne, a każdemu przysługuje prawo wglądu do swoich danych ich poprawiania oraz usunięcia.

 

Zbieranie danych statystycznych

Aby lepiej określić jakie działy, artykuły lub narzędzia znajdujące się w serwisie 100lattemu.pl najbardziej podobają się użytkownikom, podczas przeglądania stron serwisu zbierane są dane dotyczące liczby odsłon poszczególnych elementów serwisu. 100lattemu.pl będzie również przeprowadzał ankiety, mające na celu lepsze poznanie jego użytkowników oraz ich oczekiwań co do zawartości serwisu. Dane statystyczne o użytkownikach i ich preferencjach mogą być udostępniane osobom trzecim tylko w formie zagregowanej uniemożliwiającej identyfikację pojedynczej osoby.