Czerwony mak - odcinek 3

Baronowa Orczy

przekład z angielskiego Zofii Sokołowskiej

 

III.

Zbiegowie.

W Anglii cała ludność oburzała się na to, co się działo we Francyi. Słuchając wiadomości o uwięzieniu rodziny królewskiej, o zniewagach, na które była wystawiona, o codziennych egzekucyach na placu de la Greve, każdy uczciwy Anglik czuł, że krew w nim kipi. Zamordowanie w sposób zwierzęcy księżny de Lamballe, uroczej przyjaciółki Maryi Antoniny, przejęło zgrozą całą cywilizowaną Europę.

 

 

Daremnie jednak żądano od ówczesnego pierwszego ministra, żeby wystąpił zbrojnie przeciw buntownikom francuskim; roztropny Pitt nie chciał uwikłać Anglii w kosztowną i niebezpieczną wojnę. Uważał, że to obowiązek Austryi pośpieszyć na pomoc Burbonom, spokrewnionym z Habsburgami przez małżeństwo arcyksiężniczki Maryi Antoniny.

 

Rozprawę o polityce przerwała Salusia.

 

— Milord Antoni przyjechał! — zawołała, biegnąc do drzwi.

 

Kiedy je otworzyła, silne męskie ramię objęło zgrabną jej kibić.

 

— Niech cię Bóg błogosławi, dziewczyno! — zawołał wesoły głos — twoje piwne oczy są nietylko piękne ale i bystre. Twój zacny rodzie zapewne niemało ma kłopotu, żeby ustrzedz cię od zalotników, gdy, na moją duszę, coraz stajesz się nadobniejsza.

 

Lord Antoni Dewhurst, jeden z synów księcia Exeter, wysoki, tęgi, jasnowłosy młodzieniec, rozśmiał się na całe gardło i złożywszy głośny pocałunek na hożem liczku Salusi, uprzejmie powitał oberżystę, kłaniając się nizko. Doskonały sportsman, wesoły towarzysz, wytworny światowiec, był ulubieńcem salonów londyńskich, gospód i kawiarni. Ponieważ częste odbywał wycieczki do Francyi, doskonale był znany panu Jellyband, u którego zawsze się zatrzymywał.

 

Usiadł przy kominie, żeby się ogrzać i wysuszyć, i zmarszczył się na widok dwóch obcych ludzi, grających w domino przy bocznym stoliku.

 

— Jakże w tym roku obrodziły jabłonie? — zapytał pana Hempseed.

 

— Źle, milordzie, deszcze popsuły wszystek owoc— żałośnie odpowiedział staruszek—ale czegóż można się spodziewać po naszym rządzie, który pozwala tym hultajom we Francyi mordować szlachtę?

 

— Mądrze mówisz, mości Hempseed — pochwalił lord Antoni — niebawem ujrzymy tutaj kilku członków arystokracyi, którym udało się ujść gilotyny.

 

— Dzięki milordowi i jego przyjaciołom—wtrącił pan Jellyband.

 

Lord Antoni silnie ujął ramię gospodarza, nakazując mu milczenie.

 

— Cicho! — ostrzegł, wskazując mu oczyma nieznajomych.

 

— To porządni ludzie — uspokoił go pan Jellyband — podobno kupcy.

 

— Prędzej karawaniarze — mruknął lord Antoni — czy spodziewasz się jeszcze jakich gości, mości Jellyband?

 

— Tylko jaśnie wielmożnych państwa Blakeney. Kapitan ich jachtu Sen dzienny był właśnie u mnie; odprowadzają brata milady, wracającego do Francyi... Salusia, kiedy podasz wieczerzę? Milord pewnie jest głodny.

 

— Zaraz, ojcze, — odpowiedziała dziewczyna, rzucając ostatnie spojrzenie na stół czysto nakryty i ubrany kwiatami — ile nakryć mam położyć?

 

— Pięć, śliczna Salusiu, ale wieczerza powinna być, jak na dziesięć, gdyż nasi przyjaciele muszę być głodni. Ja sam gotów jestem zjeść ćwierć wołu.

 

— Jadą! — żywo zawołała Salusia.

 

Rozległ się istotnie turkot powozu i tętent koni. Wszyscy ciekawie zwrócili się ku drzwiom, żeby zobaczyć arystokratycznych przyjaciół lorda Antoniego. Tylko dwaj obcy podróżni obojętnie grali dalej w domino.

 

— Tutaj, pani hrabino, — rozległ się miły głos męski.

 

Pan Jellyband poskoczył, żeby otworzyć drzwi i głębokim ukłonem powitał wchodzące towarzystwo, złożone z dwóch pań i dwóch panów.

 

— Witam panią hrabinę w Anglii! — serdecznie zawołał lord Antoni, idąc z otwartemi rękoma naprzeciw gości z za morza.

 

— Zapewne widzę przed sobą lorda Antoniego Dewhurst? — rzekła starsza z pań, mówiąca po angielsku z cudzoziemskim akcentem.

— Do usług pani hrabiny — odrzekł, całując po kolei ręce obu pań, a potem witając panów.

 

Salusia pomogła im zdjąć płaszcze, a pan Jellyband przysunął do komina dwa krzesła, żeby zziębnięte podróżne mogły się ogrzać.

 

Hrabina de Tournay grzała przy ogniu białe arystokratyczne dłonie, patrząc z wdzięcznością na obu Anglików.

 

— Sądzę, że pani hrabina rada jest być u kresu podróży? — zapytał lord Antoni.

 

— O tak, bardzo rada — odpowiedziała i oczy jej napełniły się łzami — zapomniałam o wszystkich naszych cierpieniach.

 

Miała głos nizki i dźwięczny, rysy szlachetne, twarz bladą, na której troski i niepokoje pozostawiły niestarte piętno. Siwe jej włosy były zaczesane wysoko podług ówczesnej mody.

 

— Mam nadzieję, że mój przyjaciel, sir Andrzej Foulkes, okazał się miłym towarzyszem podróży?

 

— Sir Andrzej był uosobieniem dobroci i troskliwości. Zawdzięczamy panom tyle, że nigdy nie zdołamy wypłacić się z tego długu.

 

Towarzyszka jej, młode i śliczne dziewczę ze smutną, znękaną twarzyczką, nic nie mówiła, ale czarne jej oczy, zalane łzami, spotkały sie przypadkowo ze wzrokiem sir Andrzeja i musiały w nim wyczytać wielkie uwielbienie, gdy rumieniec wykwitł na pobladłych policzkach.

 

— A więc to jest Anglia! — rzekła półgłosem, rozglądając się ciekawie po belkach sufitu i nizkich ścianach z dębowemi lamperyami.

 

— Kawałek Anglii — z uśmiechem poprawił ją sir Andrzej — wszystko do usług pani.

 

Uśmiech rozjaśnił słodkie oblicze dziewczęce. Nic nie mówili do siebie, rozumieli się jednak doskonale, albowiem od początku świata młode serca umiały śpiewać pieśń bez słów i do końca świata to potrafią.

 

— Hej! mości Jellyband, wieczerza! — zawołał wesoło lord Antoni — co ta dziewucha sobie myśli? Panie umierają z głodu.

 

— Salusia, a żywo! — krzyknął oberżysta, idąc do kuchni.

 

W tej chwili, we drzwiach ukazała się Salusia, niosąc olbrzymią wazę, z której dobywał się apetyczny zapach.

 

Lord Antoni podał rękę hrabinie i poprowadził ją do stołu.

 

Izba tymczasem opustoszała, gdyż codzienni goście i rybacy usunęli się dyskretnie. Zostało tylko dwóch nieznajomych, bez przerwy grających w domino.

 

Wicehrabia de Tournay przyglądał się z upodobaniem hożej Salusi, krzątającej się koło stołu. Nie miał jeszcze lat dwudziestu, był ubrany z przesadną elegancyą i mówił łamaną angielszczyzną. Straszna tragedya, której omało nie padł ofiarą, nie sprawiła jednak silnego wrażenia na lekkomyślnej jego duszy.

 

— Jestem bardzo zadowolony, że przyjechałem do Anglii — oświadczył kochliwy młokos, patrząc z nietajoną przyjemnością na hoże liczko Salusi.

 

— Prosimy tylko, żebyś nie gorszył Anglików, wprowadzając tu francuskie płoche obyczaje — ze śmiechem odparł lord Antoni.

 

— Zuzanno! — surowo rzekła hrabina.

 

Dziewczę wciąż stało przy kominie, wpatrzone sir Andrzeja, który nieznacznie ujął jej rękę. Słysząc głos matki, panienka zarumieniła się i usiadła przy niej.

 

(d. c. n.).

 

Nasz Dom (tygodnik mód i powieści), 20/26-06-1914

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Korzystanie z Witryny oznacza zgodę na wykorzystywanie plików cookie, z których część może być już zapisanych w folderze przeglądarki. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Zbieranie danych o użytkownikach 

Serwis informacyjny 100lattemu.pl zbiera dane osobowe tylko tych użytkowników, którzy się zarejestrowali. Użytkownik, który rejestruje się na stronie wyraża zgodę na przetwarzanie swoich danych osobowych przez 100lattemu.pl w celach statystycznych i marketingowych. Informujemy, że zgodnie z art. 24 ust.1 pkt. 4 Ustawy o Ochronie danych osobowych podanie danych jest dobrowolne, a każdemu przysługuje prawo wglądu do swoich danych ich poprawiania oraz usunięcia.

 

Zbieranie danych statystycznych

Aby lepiej określić jakie działy, artykuły lub narzędzia znajdujące się w serwisie 100lattemu.pl najbardziej podobają się użytkownikom, podczas przeglądania stron serwisu zbierane są dane dotyczące liczby odsłon poszczególnych elementów serwisu. 100lattemu.pl będzie również przeprowadzał ankiety, mające na celu lepsze poznanie jego użytkowników oraz ich oczekiwań co do zawartości serwisu. Dane statystyczne o użytkownikach i ich preferencjach mogą być udostępniane osobom trzecim tylko w formie zagregowanej uniemożliwiającej identyfikację pojedynczej osoby.