Czerwony mak - odcinek 2

Baronowa Orczy

przekład z angielskiego Zofii Sokołowskiej

Słońce zachodziło, Bibot skinął na wozy, czekające z drugiej strony rogatek, żeby przejechały. Znał wszystkich przekupniów, którzy dwa razy dziennie tędy się przesuwali, przywożąc do miasta zapasy żywności, mimoto zaglądał pilnie do każdego wozu.

 

— Nie dam się złapać, jak ten osioł Grospierre—powtarzał.

 

Baby przyjeżdżające do miasta zwykle spędzały dzień na placu de la Greve i, robiąc pończochy na drutach, przyglądały się głowom, spadającym pod gilotyną. Była to wielka uciecha, chociaż czasem można było być obryzganym krwią.

 

— Hej! matko, a co tam macie? — zapytał Bibot, zwracając się do jednej z tych czarownic, którą widział dziś na placu.

 

 

Była to koścista, bardzo wysoka baba w wielkim czepku, z pod którego wymykały się stargane kosmyki siwych włosów; siedziała na wozie, trzymając w jednym ręku rozpoczętą pończochę z drutami, w drugiej zaś bat, przy którym wisiały pukle włosów białych i ciemnych, złotych i kasztanowatych.

 

Zaśmiała się szatańsko i odpowiedziała ochrypłym głosem:

 

— Poznajomiłam się z gachem pani Gilotyny i poodcinał mi włosy arystokratów w miarę, jak głowy spadały do kosza. Jutro mam dostać więcej, jeno nie wiem, czy będę mogła przyjechać.

 

— Dlaczego by nie, obywatelko?—zapytał Bibot, który mimowoli wzdrygnął się na widok tej złowrogiej ozdoby.

 

— Mój wnuk dostał ospy — odrzekła megera, wskazując palcem na wóz, osłonięty płótnem — gadali nawet, że to zaraza... Pewno nie puszczą mię jutro do Paryża.

 

Usłyszawszy słowo: ospa, Bibot odskoczył od wozu.

 

— Bodajeś przepadła! — mruknął.

 

Wszyscy rozstąpili się z trwogą. Baba zaśmiała się szyderczo.

 

— Bodajeś przepadł, tchórzu. Jesteś żołnierzem, a boisz się choroby?

 

— Morbleu! zaraza! z tem niema żartów. Wynoś się stąd. przeklęta babo! — wrzasnął Bibot.

 

Stara czarownica znowu zaśmiała się i trzasnąwszy z bata, przejechała przez rogatkę.

 

Wszystkie twarze spochmurniały: ospa i zaraza były to dwie straszne choroby, które zawsze kończyły się śmiercią. Nie minęło pół godziny, a na plac wpadł zdyszany kapitan na czele oddziału żołnierzy. Nie było obawy, że to przebrany Anglik, gdyż Bibot znał go oddawna.

 

—- Czy nie przejeżdżał tędy... wóz osłonięty płótnem? — zawołał przerywanym głosem.

 

— Przejechało ich ze dwanaście.

 

— Powożony przez starą babę, która mówiła, że jej wnuk ma ospę?

 

— Tak, przejeżdżał.

 

— I puściłeś go, obywatelu sierżancie?

 

— Morbleu! - zaklął Bibot i czerwone jego policzki stały się trupio-blade.

 

— W tym wozie jechała ci devant hrabina de Tournay z dziećmi, wszyscy troje skazani na śmierć, a stara baba — sacre tonnerre! to był Czerwony Mak.

 

II.

W GOSPODZIE RYBACKIEJ

W kuchni przy wielkim koniinie, zastawionym rondlami i patelniami, stała hoża córka właściciela gospody, pilnując, żeby co się nie przypaliło. Przy niej mijało się kilka służebnych, nie mogąc nastarczyć żądaniom. Wielka izba przytykająca do kuchni pełna była gości, którzy, wnosząc z ogromnej ilości kuflów piwa toczonego z beczki, musieli mieć nadzwyczajne pragnienie.

 

— Hej! Salusia, piwa! — wolano z izby.

 

Ładna dziewczyna śpiesznie przygładziła krucze włosy w lusterku, poprawiła rurkowany czepeczek i wziąwszy w ręce kilka kufelków szumiącego piwa, weszła z niemi do izby. Przed kominem stał właściciel gospody, pan Jellyband, z fajką w ręku. Był to okazały czterdziestoletni mężczyzna o rumianej, wesołej twarzy i przenikliwych oczach. Z dziada pradziada trzymał on tę gospodę, najlepszą w całym Duwrze, i uchodził za zamożnego człowieka. Dość było spojrzeć na wielką sklepioną izbę o dębowym suficie, zczerniałym ze starości, na ceglaną podłogę czysto umiecioną, na potężne stoły, szerokie ławy i rzeźbione półki zastawione szklanemi kuflami i niebieskim fajansem, żeby powziąć dobre wyobrażenie o właścicielu i jego służbie.

 

Śmiechem i żartami powitano zjawienie się hożej Salusi, najwięcej jednak okazywał radości przystojny jasnowłosy rybak. Ona spłonęła na jego widok i obszedłszy gości, przy nim zatrzymała się dłużej. Ojciec rozprawiał właśnie o polityce z kilku stałymi gośćmi, a ponieważ dwie lampy olejne zawieszone na ścianach niezbyt jasno oświetlały wielką ciemną izbę, pełną dymu tytoniowego, dwoje młodych mogło w kącie gruchać swobodnie.

 

Nietylko rybacy bywali w gospodzie pana Jellyband, często widywała ona gości wysoko urodzonych; codzień wychodził stąd dyliżans do Londynu, a podróżni jadący i wracający ze stałego lądu, zawsze zatrzymywali się w gospodzie, chwaląc smaczną kuchnię, doskonałe francuskie wina i mocne angielskie piwo pana Jellybanda.

 

Wrzesień roku 1792 był ciepły i pogodny, dopiero przy końcu pogoda się popsuła i od dwóch dni potoki deszczu zalewały południową Anglię, ku wielkiej rozpaczy ogrodników. I teraz deszcz bił o małe szybki oprawne w ołów i wiatr zawodził w koniinie, na którym jasny trzaskał ogień.

 

— Czy pan pamięta taki czas we wrześniu? —pytał żałośnie pan Hempseed, stary, ogólnie poważany w mieście obywatel, biegły w prawie i w Piśmie Świętem – owoce przepadną.

 

— I czegóż można się spodziewać po takim rządzie? - sarknął oberżysta, należący widocznie do opozycyi.

 

— Dobrze mówicie – powtórzył pan Hempseed, kiwając głową – albo rząd się troszczy o nas biedaków?

 

— Czy to się godzi pozwolić na to, żeby we Francyi mordowali szlachtę? Pan Pitt powinienby zrobić tam porządek.

 

— Mniejsza n nich! — odparł uczony starzec, ruszając ramionami — pan Pitt przedewszystkiem nie powinien dopuścić, żeby tak lato we wrześniu, kiedy jabłka są jeszcze na drzewach.

 

— Niech mi pan da pokój! — zapiszczał w tej chwili cienki głosik dziewczęcy.

 

Młody rybak objął w pół Salusię i chciał złożyć pocałunek na świeżym jej policzku, ale ojciec dziewczyny dojrzał winowajcę i rozgniewał się.

 

— Idź, Salusiu, do roboty — rzekł spokojnie —nie wdawaj się z młodymi nicponiami. Pamiętaj, że jeżeli wieczerza nie będzie smakowała lordowi Antosiowi, dostaniesz odemnie!

 

Nie podniósł nawet głosu, ale ukochana jedynaczka wiedziała, że niema żartów z ojcem, i była posłuszna.

 

— Spodziewacie się dostojnych gości wieczorem? — zapytał jeden ze starszych marynarzy.

 

— Tak, mają to być hrabiowie i książęta, wyrwani ze szponów gilotyny przez milorda Antosia, sir Andrzeja Foulkes i innych młodych paniczów.

 

— Trudno mi wyrozumieć, dlaczego oni mieszają się do tego — oświadczył pan Hempseed — powiedziano jest w Piśmie Świętem...

 

— Oczywiście, pan podzielasz zdanie pana Pitta, że powinno się pozwalać na wszystkie zbrodnie—przerwał szyderczo pan Jellyband.

 

— Ależ — próbował bronić się staruszek, lecz oberżysta, raz dosiadłszy ulubionego konika. nieprędko dał się z niego zsadzić.

 

— Albo pan się pokumałeś z tymi łotrami z za morza, jak pan Peppercorn, właściciel gospody pod błękitnym niedźwiedziem, dotychczas uczciwy Anglik i porządny człowiek. Podobały mu się nowinki przyniesione przez Francuzów, gada teraz o rewolucyi, o wolności i tym podobnych bredniach, odpuść mu Panie! Jakby nie słuchał tych szpiegów, ale on jest za głupi, żeby odróżnić złe od dobrego.

 

Dwaj podróżni ubrani w ciemne suknie i siedzący przy bocznym stoliku, uśmiechnęli się nieznacznie.

 

(d. c. n.).

 

Nasz Dom (tygodnik mód i powieści), 20/26-06-1914

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Korzystanie z Witryny oznacza zgodę na wykorzystywanie plików cookie, z których część może być już zapisanych w folderze przeglądarki. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Zbieranie danych o użytkownikach 

Serwis informacyjny 100lattemu.pl zbiera dane osobowe tylko tych użytkowników, którzy się zarejestrowali. Użytkownik, który rejestruje się na stronie wyraża zgodę na przetwarzanie swoich danych osobowych przez 100lattemu.pl w celach statystycznych i marketingowych. Informujemy, że zgodnie z art. 24 ust.1 pkt. 4 Ustawy o Ochronie danych osobowych podanie danych jest dobrowolne, a każdemu przysługuje prawo wglądu do swoich danych ich poprawiania oraz usunięcia.

 

Zbieranie danych statystycznych

Aby lepiej określić jakie działy, artykuły lub narzędzia znajdujące się w serwisie 100lattemu.pl najbardziej podobają się użytkownikom, podczas przeglądania stron serwisu zbierane są dane dotyczące liczby odsłon poszczególnych elementów serwisu. 100lattemu.pl będzie również przeprowadzał ankiety, mające na celu lepsze poznanie jego użytkowników oraz ich oczekiwań co do zawartości serwisu. Dane statystyczne o użytkownikach i ich preferencjach mogą być udostępniane osobom trzecim tylko w formie zagregowanej uniemożliwiającej identyfikację pojedynczej osoby.