Czerwony mak - odcinek 8

 

Baronowa Orczy

przekład z angielskiego Zofii Sokołowskiej

 

Ponieważ niezmiernie zajmującą powieść p. t. „Czerwony Mak" wznawiamy po dłuższej przerwie —podajemy krótkie jej streszczenie, dla przypomnienia i łatwiejszego śledzenia zawiązku obfitych przygód, historyi osób w niej działających.

r.

 

Tło powieści — to krwawe dni rewolucyj francuskiej z r. 1792. Bohaterowie, z którymi dotąd zapoznała nas Autorka, to lud francuski, angielski, Sir Parcy Blakeney, dandys, światowiec, pustak, urocza jego żona Małgorzata St. Juste, stawna aktorka francuska, inteligentna, która go poślubiła zniewolona wielką miłością człowieka, dla którego jednak serce jej bilo tylko spokojną wdzięcznością. Obrońca wolności, dumny i ambitny Anglik, nazajutrz po ślubie dowiaduje się od swej żony, że bezwiednie wprawdzie, ale przyczyniła się do zagłady arystokratycznej rodziny margr. St. Cyr... i stygnie jego miłość. W Paryżu tymczasem pod imieniem „Czerwonego Maku", nieznany bohater, wyrywa tysiące arystokratycznych głóg z pod gilotyny, uwożąc skazanych do Anglii. W tej chwili w oberży na brzegach angielskich, spotyka, sir Blakeney z małżonką i jej bratem Armandem, kilku Anglików, oraz chroniącą się hrabinę Percy z córką Zuzanną i jej bratem krewnym rodu margr. Cyr. francuzów Matka, zakazuje podania ręki lady Blakeney. Małgorzata żegna brata, który jedzie do Paryża. A zostając sama nad brzegiem morza uprzytomnia sobie chwilę, w której zrobiła mężowi nieszczęsne wyznanie.

 

 

 

Przyjął to bardzo spokojnie, zdawało się nawet, że nie rozumie tego, co żona mówi, ale od tej chwili zupełnie obojętniał dla niej. Odtąd dzieliła ich prze-paść. Daremnie Małgorzata ostrzyła na nim swój dowcip, chcąc wywołać choćby gniew, daremnie starała się rozbudzić w nim zazdrość; był zawsze równie bier-ny, senny, powolny, pełen względów, należnych kobiecie i żonie, wspaniałomyślny w szafowaniu dla niej pieniędzmi. Ludzie jej zazdrościli, nie wiedząc, że ta piękna, ogólnie uwielbiana kobieta, otoczona bajecznym zbytkiem, była w istocie samotna i opuszczona.

 

Westchnęła ciężko i raz jeszcze spojrzawszy na morze, zwróciła się ku gospodzie. Otworzono okna, słyszała więc wyraźnie brzęk kieliszków i szklanek, przyjemny głos sir Andrzeja, hałaśliwe dowodzenia lorda Antoniego i bezmyślny uśmiech męża.

 

Wtem zobaczyła nieznajomego człowieka, zbliżającego się do niej i przyśpieszyła kroku, gdyż miejsce było samotne. Nieznajomy zrównawszy się z nią, rzekł zniżonym głosem:

 

— Obywatelko St. Just!

 

Lady Blakeney nie mogła powstrzymać okrzyku zdurnienia, słysząc, że ktoś wymawia panieńskie jej nazwisko. Przyjrzała się baczniej obcemu i z radością wyciągnęła do niego obie ręce.

 

— Chauvelin! — zawołał ucieszona.

 

— On sam do usług twoich, obywatelko — odrzekł nieznajomy, z galantem całując jej paluszki.

 

Rozjaśnionemi oczyma patrzyła na małą niepozorną figurkę, stojącą przed nią. Chauvelin zbliżał się już do czterdziestki, był trochę łysawy i miał chytre, rozumne oblicze o przebiegłych lisich oczach. Był to ten sam cudzoziemiec, który przed godziną siedział z towarzyszem w gospodzie pana Jellybanda.

 

— Jak ja się cieszę, że cię widzę, Chauvelin —z wesołym uśmiechem mówiła Małgorzata.

 

W każdym razie był to ziomek, Paryżanin, znajomy z tych dobrych czasów, kiedy królowała w mieszkaniu przy ulicy Richelieu, szczęśliwa, swobodna, otoczona przyjaciółmi. Nie zauważyła szyderczego śmie-chu, który zaigrał na wązkich ustach Chauvelina i mówiła wesoło:

 

— Ale powiedz mi, co ty możesz robić w Anglii?

 

— Wolałbym usłyszeć wprzód, co ty porabiasz, obywatelko — odrzekł, idąc z nią w stronę gospody.

 

— Oh! ja? — odpowiedziała, ruszając ramionami — nudzę się, przyjacielu, oto wszystko.

 

Stanęli już na ganku, ale Małgorzacie nie było pilno wracać: pragnęła gawędzić dłużej z człowiekiem, który przyjeżdżał z Paryża, znał jej brata i mógł zrozumieć ją lepiej, niż wszyscy otaczający ją obcy ludzie. Przez otwarte okna dochodził coraz większy hałas, dowód, że bawiono się tam dobrze. Chauvelin patrzył bystro na śliczne oblicze młodej kobiety.

 

— Zadziwiasz mię, obywatelko — rzekł, zażywając tabaki.

 

— Doprawdy? — odparła ze śmiechem — a ja sądziłam, że człowiek tak bystry, jak ty, odgadnie odrazu, że Małgorzacie St. Just trudna jest wyżyć w atmosferze, przejętej mgłą i cnotą.

 

— A ja wyobrażałem sobie, że dla młodej i pięknej kobiety życie w Anglii musi być bardzo przyjemne.

 

— Dla pięknych kobiet życie w Anglii nie może być przyjemne, gdyż nie wolno im czynić tego wszystkiego, do czego przywykły. Czy uwierzysz, Chauvelin, że nieraz przez cały dzień nie doznam ani jednej pokuty?

 

— W takim razie nie dziwię się, że najdowcipniejsza kobieta w Europie nudzi się tutaj.

 

Zaśmiała się, jak dziecko.

 

— Gdyby nie to, nie byłabym się tak ucieszyła z widzenia ciebie, Chauvelin — rzekła przekornie.

 

— I to po roku romantycznego małżeństwa!... Ale słyszałem, że idylle zwykle trwają krótko — dodał szyderczo.

 

— Z idylli człowiek leczy się tak prędko, jak z odry. Chauvelin znowu zażył tabaki.

 

Chytre, przenikliwe jego oczy starały się tymczasem wyczytac to, co działo się w duszy młodej kobiety.

 

— Może masz jakie lekarstwo na nudy, Chauvelin? — zapytała.

 

— Jakże ja mogę wyleczyć cię, obywatelko, je-żeli sir Percy'emu to się nie udało?

 

— Dajmy pokój sir Percy'emu, dobrze? — sucho oświadczyła lady Blakeney.

 

— Przepraszam cię, moja piękna pani, ale musimy mówić o sir Percy`m, gdyż on właśnie jest przeszkodą, że nie mogę ci zapisać jedynego skutecznego lekarstwa na nudy — odpowiedział Chauvelin, a lisie jego oczy spojrzały bystro na Małgorzatę.

 

— Jakąż przeszkodę mógłby w tem stanowić sir Percy?

 

— Bardzo wielką, gdyż moje lekarstwo ma nazwę prostaczą: imię jego — Praca.

 

Wieczór zapadał. Chauvelin obejrzał się dokoła i widząc, że nikogo niema w pobliżu, przysunął się do lady Blakeney.

 

— Czy chcesz oddać mnie i Francyi małą przysługę, obywatelko? — zapytał zniżonym głosem, a chytre jego oblicze nagle spoważniało.

 

— Co się tobie stało, Chauvelin ? — odparła lekko — taką masz surową minę... Oddać małą przysługę Francyi? To zależy, jakiej przysługi zażąda ona... albo ty...

 

— Czy słyszałaś o Czerwonym Maku, obywatelko St. Just? — zagadnął nagle.

 

— Czy słyszałam o Czerwonym Maku? — odparła ze śmiechem — ależ my o niczem innem nie mówimy! Mamy kapelusze „a. la Czerwony Mak”, źrebięta nawet noszą tę nazwę.

 

Chauwelin nie przerywał wesołego jej szczebiotania, ale twarz jego miała wyraz bardzo poważny.

 

— Jeżeli słyszałaś tyle o tej zagadkowej osobie, obywatelko, to musisz wiedzieć, że człowiek ukrywający się pod tern dziwacznem przezwiskiem, jest jednym z największych wrogów Francyi, rzeczypospolitej i... ludzi takich, jak Armand St. Just.

 

— Francya ma teraz wielu wrogów!... — odrzekła z westchnieniem.

 

— Ale ty, obywatelko, jesteś Francuzką i powinnaś dopomódz ojczyźnie w niebezpieczeństwie.

 

— Mój brat poświęca życie na usługi ojczyzny—odparła dumnie — co do mnie, nic uczynić nie mogę... tutaj w Anglii.

 

— Możesz, obywatelko — podchwycił z naciskiem — w Anglii ty jedna możesz nam dopomódz... Posłuchaj mię. Jestem tu przysłany. jako przedstawiciel rzeczypospolitej, jutro w Londynie przedstawię panu Pitt moje listy wierzytelne. Polecono mi wysledzić tę przeklętą Ligę Czerwonego Maku, która stała się groźna dla Francyi, ratuje bowiem tych zdrajców arystokratów od zasłużonej kary. Wiesz dobrze o tem, że ci wrogowie ludu starają się wszędzie zohydzić rzeczpospolitę i zaszkodzić jej, wiążą się z każdym wrogiem, gotowym napaść na Francyę... W ciągu ostatniego miesiąca, całe gromady arystokratów, albo podejrzanych o zdradę, albo skazanych już przez trybunał rewolucyjny, zdołało uciec do Anglii, dzięki tej lidze, na której czele stoi człowiek niezwykle bystry i pomysłowy. Otacza go głęboka tajemnica. Tylu szpiegów zostało tu przysłanych dla wyśledzenia go i żadnemu nie udało się wykryć, kto to jest. Banda angielskich urwisów, którymi on dowodzi, stanie się bezsilna, skoro go zbraknie. Jestem przekonany, że musi on należyć do wyższego towarzystwa angielskiego i liczę na ciebie, obywatelko, że go odnajdziesz. Uczyń to dla mnie... uczyń to dla Francyi!

 

Chauvelin mówił gwałtownie, nie podnosząc jednak głosu. Lady Blakeney słuchała go w milczeniu. W istocie tajemniczym bohaterem, który tyle osób wybawił od śmierci, zajmowała się cała Anglia, nikt jednak nie miał dlań takiego uwielbienia, jak Małgorzata. Nie lubiła ona tych francuskich pyszałków i zarozumialców, którzy wyobrażali sobie, że są z innej gliny ulepieni, niż reszta ludzi, ale okrucieństwa terorystów, znęcających się nawet nad dziećmi i kobietami, budziły w niej wstręt i oburzenie. Robespierre, Danton i Marat z rzeczników wolności stali się katami. Dusza jej wzdrygała się na wieść o gwałtach, których ofiarą mógł także paść ukochany Armand.

 

Kiedy po raz pierwszy usłyszała o młodych zapaleńcach angielskich, którzy z narażaniem życia, jedynie przez miłość bliźniego ratowali starców i młodzieńców, kobiety i dzieci od okrutnej śmierci, uczuła dla nich gorące uwielbienie, a kiedy Chauvelin mówił o tajemniczym wodzu, który nie szukał sławy z niezliczonych dowodów odwagi i poświęcenia dla ludzkości, gotowa była uklęknąć przed takim bohaterem.

 

Oczy jej stały się wilgotne, pierś podnosiła się szybszym oddechem, nie słyszała odgłosów pijatyki, dochodzących przez otwarte okna, ani głupowatego śmiechu męża, albowiem myśl jej była wyłącznie zajęta nieznanym śmiałkiem, któremu nawet wrogowie odda-wali sprawiedliwość. Ach! jakby ona go kochała, gdyby był stanął na jej drodze! Jakież dzielne i szlachetne serce musiało ukrywać się pod tą przyłbicą, której najzręczniejsi szpiegowie nie zdołali dotąd przeniknąć!

 

— Ty jedynie możesz go odnaleźć; uczyń to dla mnie, uczyń to dla Francyi.

 

Ostatnie słowa Chauvelina zbudziły ją z marzeń. Postać tajemniczego bohatera rozwiała się, wstępując miejsca rzeczywistości: tam, o kilkadziesiąt kroków od niej pił i śmiał się człowiek, któremu przysięgła miłość i wierność aż do śmierci.

 

— Zadziwiasz mię, obywatelu — rzekła, siląc się na dawny trzpiotowaty ton — gdzież ja mam go szukać?

 

— Bywasz wszędzie, obywatelko—zniżonym głosem mówił Chauvelin — opowiadano mi, że lady Blakeney króluje w modnym świecie stolicy... Możesz wszystko widzieć i słyszeć...

 

— Dosyć, mości Chauvelin przerwała Małgorzata, dumnie podnosząc głowę — zapominasz, że między robotą, którą mi narzucasz a mną stoi osoba sir Percysego i cały szereg jego przodków. —

 

— Tu idzie o dobro Francyi — nalegał Chauvelin.

 

— Przestań, proszę! Pleciesz niedorzeczności. Gdybyś nawet wiedział, kto jest Czerwony Mak, nic nie mógłbyś mu uczynić, gdyż jest Anglikiem.

 

— Poradziłbym sobie — sucho zaśmiał się Chauvelin — naprzód wysłalibyśmy go na gilotynę, żeby ochłodzić jego zapał, a potem w razie zatargu dyplomatycznego, przeprosiłoby się uroczyście rząd angielski i przyznało sute wynagrodzenie osieroconej rodzinie.

 

— To straszne, co mówisz, Chauvelin—wzdrygnęła się lady Blakeney, odsuwając się od niego, jak od jadowitego płaza — ktokolwiek on jest, trzeba podziwiać jego odwagę i szlachetność; nigdy nie przyłożyłabym ręki do takiej podłości, słyszysz?

 

— Wolisz być znieważona przez każdego francuskiego arystokratę, przybywającego do Anglii, obywatelko?

 

Chauvelin trafnie wymierzył tę strzałę; Małgorzata pobladła i przygryzła usta, ale nie dała mu poznać, jak głęboko ją zranił.

 

— Nie o tem była mowa — odparła — potrafię się obronić, ale nie splamię się taką brudną robotą ani dla ciebie, ani dla Francyi; szukaj innych sposobów, obywatelu Chauvelin.

 

Nie spojrzawszy nawet na niego, odwróciła się i weszła do gospody.

 

— To nie jest twoje ostatnie słowo, obywatelko! — zawołał za nią Chauvelin, kiedy stanęła we drzwiach — spotkamy się jeszcze w Londynie.

 

— Tak, spotkamy się jeszcze w Londynie — odpowiedziała mu przez ramię — ale jest to moje ostatnie słowo.

 

Zamknęła za sobą drzwi i wspaniała, bogato ubrana jej postać zniknęła mu z przed oczu. Zażył znowu tabaki, ale chytre jego oblicze o lisich oczach bynajmniej się nie zachmurzyło, przeciwnie, na wązkich ustach przemknął lekki uśmiech: widocznie nie wziął do serca tej ostrej odprawy.

 

(d. c. n.).

 

Nasz Dom (tygodnik mód i powieści), 05/11-12-1914

 

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Korzystanie z Witryny oznacza zgodę na wykorzystywanie plików cookie, z których część może być już zapisanych w folderze przeglądarki. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Zbieranie danych o użytkownikach 

Serwis informacyjny 100lattemu.pl zbiera dane osobowe tylko tych użytkowników, którzy się zarejestrowali. Użytkownik, który rejestruje się na stronie wyraża zgodę na przetwarzanie swoich danych osobowych przez 100lattemu.pl w celach statystycznych i marketingowych. Informujemy, że zgodnie z art. 24 ust.1 pkt. 4 Ustawy o Ochronie danych osobowych podanie danych jest dobrowolne, a każdemu przysługuje prawo wglądu do swoich danych ich poprawiania oraz usunięcia.

 

Zbieranie danych statystycznych

Aby lepiej określić jakie działy, artykuły lub narzędzia znajdujące się w serwisie 100lattemu.pl najbardziej podobają się użytkownikom, podczas przeglądania stron serwisu zbierane są dane dotyczące liczby odsłon poszczególnych elementów serwisu. 100lattemu.pl będzie również przeprowadzał ankiety, mające na celu lepsze poznanie jego użytkowników oraz ich oczekiwań co do zawartości serwisu. Dane statystyczne o użytkownikach i ich preferencjach mogą być udostępniane osobom trzecim tylko w formie zagregowanej uniemożliwiającej identyfikację pojedynczej osoby.