Czerwony mak - odcinek 7

 

Baronowa Orczy

przekład z angielskiego Zofii Sokołowskiej

 

Żona zwróciła się do niego z drwiącym uśmiechem i oglądała go przez chwilę od stóp do głów.

 

— Jaką głupią minę macie wszyscy — po chwili milczenia oświadczył sir Percy — co się tu stało?

 

— Oh! nic takiego, co mogłoby zachwiać równowagą twego umysłu — z przymuszonym śmiechem odrzekła lady Blakeney — obrażono tylko twoją żonę.

 

Sir Percy nie wziął tego do serca i odparł równie wesoło:

 

 

— Co ty mówisz, najdroższa? Któż to ośmieli? się dokuczyć ci?

 

Zanim lord Antoni zdążył odpowiedzieć, wicehrabia postąpił kilka kroków ku Anglikowi i kłaniając się, rzekł łamaną angielszczyzną:

 

— Żonę pańską obraziła moja matka, hrabina de Tournay de Basserive. Nie mogę przeprosić pana w jej imieniu, gdyż wszystko, co ona czyni, uznaję za słuszne, ale jestem gotów dać panu honorowe zadośćuczynienie.

 

Młodzieniec wyprostował się z dumną miną, mimoto wyglądał, jak chłopaczek, przy sir Percym, odznaczającym się wysokim wzrostem i krzepką budową.

 

— Sir Andrzeju! Spójrz-no tylko na angielskiego indyka i francuskiego kogucika! — zaśmiała się lady Blakeney.

 

Porównanie zaiste było trafne: wspaniały indyk włożył szkiełka w oczy i ze zdumieniem przypatrywał się zadzierzystemu kogucikowi, który z wojowniczą miną krążył koło niego.

 

— Mój młody panie — przemówił wreszcie sir Percy, cedząc jak zwykle każde słowo — gdzieżeś u licha! nauczył się mówić w ten sposób po angielsku?

 

— Ależ, panie! — odparł wicehrabia, zbity z tropu słowami Anglika.

 

— To coś nadzwyczajnego! — dziwił się sir Percy — jabym nigdy nie potrafił tak mówić po francusku, co?

 

— Wiadomo, że mówisz po francusku z okropnym akcentem — przyznała lady Blakeney.

 

— Lękam się, że pan mię nie zrozumiał — z przyciskiem rzekł wicehrabia—ofiaruję panu dać zadośćuczynienie.

 

— Co to jest u dyabła? — łagodnie zapytał sir Percy.

 

— To znaczy, że gotów jestem bić się z panem na szpady — odparł zniecierpliwiony Francuz.

 

— Załóżmy się, lordzie Antoni! — zawołała lady Blakeney — stawiam dziesięć przeciwko jednemu na małego kogucika.

 

Sir Percy spojrzał znowu na wicehrabiego z pod przymkniętych powiek i ziewając, rzekł ze słodyczą:

 

— Bóg z tobą, młodzieńcze! Schowaj na co lepszego swoją szpadę.

 

Wojowniczy Francuzik zakipiał oburzeniem.

 

— Wyzywam pana na pojedynek! — zawołał zdławionym głosem.

 

Sir Percy ani na chwilę nie stracił spokoju, lecz patrząc z wysokości swoich sześciu stóp na zaperzonego Francuza, zaczął się śmiać do rozpuku.

 

— Na pojedynek! — zawołał, kładąc ręce w kieszenie — do tego pan zmierza? Ani przypuszczałem, żeś taki krwiożerczy. Chciałbyś nadziać mię na swoją szpadę? Nic z tego!! Wstrzymaj swoje zapędy, gdyż ja się nigdy nie pojedynkuję: dyabelnie głupia rzecz, a przytem niebezpieczna, prawda, Antosiu?

 

Wicehrabia wiedział, że w Anglii pojedynki były wzbronione i surowo karane, mimoto w jego głowie nie mogło się pomieścić, żeby szlachcie odmawiał pojedynku. We francuskim kodeksie honorowym było to uważane za rzecz hańbiącą. Namyślał się, czyby nie spoliczkować tego bezczelnego Anglika i nie nazwać go tchórzem, ale wstrzymywały go dwa względy: obecność damy i wysoki wzrost sir Percy'ego.

 

Na szczęście, wmieszała się w to lady Blakeney. Zwracając się do lorda Antoniego, rzekła dźwięcznym głosem:

 

— Proszę cię, milordzie, pogódź tych panów. Ten dzieciuch jeszcze pęknie ze złości. a przytem mógłby wyrządzić jaką krzywdę memu mężowi — dodała z lekkim przekąsem. — Równowagi jego umysłu nic zachwiać nie zdała.

 

Sir Percy bynajmniej nie obraził się na żonę.

 

— Moja żona zawsze jest dowcipna — rzekł ze śmiechem.

 

— Sir Percy ma słuszność — przyjaźnie oświadczył lord Antoni, kładąc rękę na ramieniu wicehrabiego — w naszym kraju pojedynki są wzbronione, a przytem nie godzi się, żebyś pan w pierwszej chwili swego pobytu w Anglii wyzywał kogoś na pojedynek.

 

Francuz ruszył ramionami i odparł z godnością:

 

— Ach! skoro ten pan nie czuje się obrażony, ja nie mam nic przeciwko niemu. Jeżeli ty, milordzie, nasz opiekun, uważasz, że źle postąpiłem, w takim razie odwołuję to, co powiedziałem.

 

— Odwołaj, młodzieńcze — z zadowoleniem podchwycił sir Percy.—A to drażliwy szczeniak! — dodał półgłosem — do kata, Foulkes! jeżeli taki towar sprowadzasz z Francyi, lepiej utop go w morzu, bo inaczej podburzę starego Pitta, żeby zabronił przywozu i karał za to, jak za kontrabandę.

 

— Zapominasz, że i ty przywiozłeś pewien towar z Francyi — wtrąciła lady Blakeney.

 

Sir Percy powstał i kłaniając się żonie głęboko, odrzekł z galanteryą:

 

— Zabrałem to, co Francya miała najlepszego.

 

— Jaka szkoda, że twoja odwaga nie stoi na wysokości twojej galanteryi!

 

— Zastanów się, moja droga! Czy mam narażać życie gwoli każdemu dudkowi, któremu nie podoba się kształt twojego ślicznego noska?

 

— Nie lękaj się, waleczny rycerzu — zaśmiała się lady Blakenay, kłaniając się nizko — kobietom tylko nie podoba się mój nos.

 

Ha! ha! Ha!... Nie przypuszczałam. że ten mały Francuzik takiego napędził ci strachu... Ha! ha! ha!

 

— He! He! he! — zawtórował sir Percy, nie obrażając się wcale — uważajcie, panowie, udało mi się rozśmieszyć najdowcipniejszą kobietę w Europie. Niemały to dla mnie zaszczyt... Musimy zakropić to ponczem... Hej! mości Jellyband! Przyrządź nam wazę gorącego ponczu!

 

— Niema na to czasu — odezwała się lady Blakeney — mój brak musi być na pokładzie statku za chwilę, bo wkrótce zacznie się odpływ.

 

— Jeszcze zdążymy się upić przed odpływem.

 

— Zdaje mi się, że młody pan nadchodzi właśnie z kapitanem jachtu—z uszanowaniem wtrącił Jellyband.

 

— Bardzo dobrze! i on z nami wypije — zawołał sir Percy. — Słuchaj, Antosiu — dodał, wskazując głową na wicehrabiego — czy sądzisz, że ten francuski dudek zechce przyłączyć się cło nas? Powiedz mu, że będziemy pili na zgodę.

 

— Widzę, że tu jest bardzo wesoło, pozwolicie więc, panowie, że pożegnam się z bratem na osobności—rzekła lady Blakeney, wstając.

 

Nikt nie dziwił się temu, wiedziano bowiem, jak gorąco lochała brata. Po kilkotygodniowym pobycie w Anglii wracał do Francyi, żeby służyć swemu krajowi w chwili, kiedy śmierć groziła najdzielniejszym jej sługom i obrońcom.

 

Sir Percy także nie sprzeciwiał się temu i odprowadziwszy ją do drzwi, ze zwykłą przesadzona galanteyrą, złożył jej głęboki ukłon. Odpowiedziała mu obojętnem trochę pogardliwem spojrzeniem. Z obecnych tylko sir Andrzej, który od czasu poznania małej Zuzanny de Tournay stał się subtelniejszy i bystrzejszy, zauważył w oczach głupowatego fircyka wyraz nieskończonej miłości dla pięknej żony.

 

VII.

Lady Blakeney westchnęła ciężko i kilka tez spadło na koronkową chusteczkę.

 

Deszcz przestał padać i blade słońce wyjrzało z poza chmur, oświetlając wspaniale kredowe wybrzeże. Lady Blakeney wyszła na ganek i utkwiła smutne oczy w zgrabnym statku, który kołysał się na falach. Tym statkiem Armand St. Just miał pojechać do Francyi, gdzie szalejąca rewolucya wywróciła tron, uwięziła monarchę, wystąpiła wrogo przeciw religii, grożąc zgubą całemu społeczeństwu.

 

Do gospody zbliżało się dwóch mężczyzn: jeden starszy, siwy, o kołyszącym się chodzie, zdradzającym marynarza; drugi młody, szczupły, zgrabny, ubrany w ciemny płaszcz podróżny o kilku pelerynach. Na widok siostry zdjął kapelusz, odsłaniając ładne, gładko wygolone oblicze i szlachetne czoło, ocienione ciemnemi włosami w tył zaczesanemi.

 

— Armandzie!—zawolała młoda kobieta i uśmiech szczęścia rozpromienił nadobne jej oblicze, na którem perliły się jeszcze łzy.

 

Za chwilę była w objęciach brata.

 

— Kiedy pan St. Just musi być na pokładzie, Briggs? — zapytała starego kapitana.

 

— Milady, za pół godziny musimy podnieść kotwicę — odrzekł marynarz.

 

Lady Blakeney wsunęła się pod ramię Armanda i poszła z nim w stronę portu.

 

— Pół godziny tylko! — rzekła smutnie, patrząc na rozkołysane morze — za pół godziny już cię tu nie będzie!... Ach! trudno mi w to uwierzyć, jeszcze trudniej się z tein pogodzić... Ostatnie dni, kiedy skutkiem nieobecności mego męża byliśmy tylko we dwoje, zbiegły jak sen.

 

— Przecież nie będziemy daleko od siebie, moja najmilsza — z tkliwością odpowiedział Armand — kilka godzin drogi dzieli nas jedynie.

 

Stanęli nad morzem. Wiatr targał włosy Małgorzaty i igrał z końcami koronkowej chusteczki, która od czasu do czasu owiewała ją niby białym przejrzystym obłokiem. Patrzyła w dal ku wybrzeżom Francyi, która okrutnie wytaczała krew najszlachetniejszych swoich synów.

 

— To nie odległość przeraża mię, Armandzie, ale ten okropny Paryż — odrzekła gwałtownie — oni zadaleko idą... I ja jestem republikanką, podobnie jak ty, bracie, mamy te same przekonania, tę samą miłość wolności, a jednak i ty musisz zgadzać się ze mną, że posuwają się zadaleko...

 

— Sza ! — mimowolnie przerwał Armand, z obawą oglądając się dookoła.

 

— Widzisz, nawet w Anglii nie jest bezpiecznie mówić o tem. Oh! nie jedź, Armandzie! — błagała, przytulając się do niego z macierzyńską niemal tkliwością. — Coby się ze mną stało, gdyby... gdyby... (d. c. n.).

 

Nasz Dom (tygodnik mód i powieści), 25/31-07-1914

 

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Korzystanie z Witryny oznacza zgodę na wykorzystywanie plików cookie, z których część może być już zapisanych w folderze przeglądarki. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Zbieranie danych o użytkownikach 

Serwis informacyjny 100lattemu.pl zbiera dane osobowe tylko tych użytkowników, którzy się zarejestrowali. Użytkownik, który rejestruje się na stronie wyraża zgodę na przetwarzanie swoich danych osobowych przez 100lattemu.pl w celach statystycznych i marketingowych. Informujemy, że zgodnie z art. 24 ust.1 pkt. 4 Ustawy o Ochronie danych osobowych podanie danych jest dobrowolne, a każdemu przysługuje prawo wglądu do swoich danych ich poprawiania oraz usunięcia.

 

Zbieranie danych statystycznych

Aby lepiej określić jakie działy, artykuły lub narzędzia znajdujące się w serwisie 100lattemu.pl najbardziej podobają się użytkownikom, podczas przeglądania stron serwisu zbierane są dane dotyczące liczby odsłon poszczególnych elementów serwisu. 100lattemu.pl będzie również przeprowadzał ankiety, mające na celu lepsze poznanie jego użytkowników oraz ich oczekiwań co do zawartości serwisu. Dane statystyczne o użytkownikach i ich preferencjach mogą być udostępniane osobom trzecim tylko w formie zagregowanej uniemożliwiającej identyfikację pojedynczej osoby.