Czerwony mak - odcinek 6

 

Baronowa Orczy

przekład z angielskiego Zofii Sokołowskiej

 

Obaj Anglicy osłupieli i z niepokojem spojrzeli ku drzwiom, za któremi słychać było donośny, powolny głos męski.

 

Hrabina sztywna, wyzywająca, mierzyła rodaczkę dumnym, pogardliwym wzrokiem. Małgorzata zbladła i stała się niemal tak biała, jak koronkowa chusteczka, okalająca jej szyję. Ręce jej drżały i kurczowo zacisnęły laskę ze wstęgami. Trwało to jednak krótko, wnet opanowała wzburzenie i ruszając z lekceważeniem ramionami, rzekła drwiąco:

— Jakaż to mucha ukąsiła cię, obywatelko?

 

 

— Jesteśmy w Anglii — chłodno odparta hrabina — mam więc prawo zabronić mojej córce, żeby przywitała się z panią. Chodź, Zuzanno.

 

Nie spojrzała już na Małgorzatę, lecz złożywszy głęboki ukłon obu Anglikom, majestatycznie wyszła z izby.

 

Zapanowało takie milczenie, że słychać było szelest jedwabnych spódnic hrabiny de Tournay. Małgorzata nieruchoma, jak posąg, patrzyła na nią chmurnemi oczyma, ale na widok Zuzanny, posłusznie idącej za matką, źrenice jej złagodniały i zamgliły się.

 

Młoda Francuzka zauważyła to i serce jej drgnęło; poskoczywszy ku przyjaciółce, starszej o kilka lat, zarzuciła jej ręce na szyję ucałowała tkliwie. Potem dopiero poszła za matką. Za niemi postępowała hoża Salusia ze świecami w ręku i nizkim ukłonem pożegnała milady.

 

Wszyscy lżej odetchnęli. Sir Andrzej powiódł oczyma za drobną postacią hrabianki, a Małgorzata zaczęła się śmiać, ale wesołość jej była sztuczna.

 

— Czy zdarzyło ci się kiedy spotkać tak nieprzyjemną osobę, sir Andrzeju? — zapytała.

 

Przedrzeźniając ruchy i sztywność hrabiny, postąpiła kilka kroków i rzekła:

 

— Zuzanno, zabraniam ci rozmawiać z tą kobietą. Naśladowała ją tak doskonale, że obaj Anglicy wybuchnęli śmiechem i dali jej oklaski.

 

— Ach! lady Blakeney! — zawołał lord Antoni—jak tam muszą żałować pani w Comedie Francaise! Ręczę, że Paryżanie znienawidzili sir Percy'ego za to, że panią stamtąd porwał.

 

— Co znowu? — odparła, ruszając ramionami—alboż można nienawidzieć sir Percy'ego? Dowcip jego rozbroiłby nawet sztywną panią hrabinę de Tournay.

 

Wicehrabia postąpił kilka kroków, żeby stanąć w obronie matki, ale zanim zdążył wymówić słowo, za drzwiami ozwał się głupowaty śmiech i do izby wszedł mężczyzna niezwykle wysoki i bardzo bogato ubrany.

 

VI.

Dandys z r. 1792.

 

Sir Percy Blakeney miał wówczas 31 lat; był krzepko zbudowany, silny, jak dąb, i mógłby uchodzić za pięknego, gdyby nie ospały wyraz twarzy, przesadne ruchy i ciągły bezmyślny śmiech.

 

Przed rokiem, najbogatszy w Anglii baronet, wódz złotej młodzieży, wyrocznia mody, poufały przyjaciel księcia Walii, przywiózł z Francyi młodą, piękną, niezwykle uzdolnioną małżonkę. Dziwiono się jej wyborowi, gdyż, zdaniem ogółu, nie było na świecie większego pustaka, nudniejszego i bardziej ograniczonego człowieka.

 

Urocza Małgorzata St. Just, uznana ogólnie za pierwszorzędną gwiazdę artystyczną, od kilku lat wy-stępowała w Comedie Francaise i była ulubienicą publiczności. Brat opiekował się nią czule i w pięknem ich mieszkaniu przy ulicy Richelieu gromadziło się wyborowe towarzystwo. Majątek i urodzenie nic nie znaczyły dla młodszej. artystki; ceniła tylko talent, naukę, dowcip i wyższość umysłu, o wstęp do jej salonu ubiegano się też w Paryżu, nigdzie bowiem nie spotykało się tylu rozumnych ludzi i tylu wybitnych artystów. Najznakomitsi cudzoziemcy uważali sobie za zaszczyt, jeżeli mogli być jej przedstawieni. Śród błyskawic nadciągającej burzy, która miała zmienić postać Francyi, Małgorzata jaśniała, jak promienna kometa, pociągając za sobą długi ogon wielbicieli.

 

Zdumieli się wszyscy na wieść o jej małżeństwie, a powody, które skłoniły ją do wybrania śród wielu ubiegających się o jej rękę tego tępego i nudnego Anglika, pozostały nierozwiązaną zagadką. Złośliwi napomykali, że złoto Anglika przeważyło szalę.

 

Dosyć, że „najzdolniejsza kobieta w Europie", jak ją nazywano, została żoną półgłówka i pojechała z nim do Anglii. Przyjaciele Małgorzaty ruszali ramionami, kiedy przy, nich napomykano, że skusiły ją miliony sir Percy`ego wiedzieli doskonale, że piękna artystka nie dbała ani o tytuły, ani o majątek. Najmniej pół tuzina bogatych arystokratów różnej narodowości ubiegało się o jej rękę.

 

Za Anglikiem przemawiało tylko bezgraniczne jego uwielbienie dla ukochanej kobiety, olbrzymia fortuna i stanowisko na dworze angielskim. W Londynie dziwiono się ogólnie, że wybrał sobie za żonę kobietę tak świetną, wykształconą i dowcipną.

 

Znano go w Anglii bardzo mało,gdyż całą prawie młodość spędził za granicą. Ojciec jego, sir Algernon Blekenay, był bardzo nieszczęśliwy: ubóstwiana jego żona, Lady Blakeney, po dwóch latach małżeństwa dostała obłąkania. W owe czasy ta choroba była uważana, jako przekleństwo Boże, i przynosiła ujmę całej rodzinie. Niepocieszony sir Algernon wyjechał za granicę z żoną i małym synkiem, który do swojej pełnoletności wychowywał się w obcych krajach. Śmierć obojga rodziców uczyniła go panem olbrzymiej fartuny, podwojonej przez oszczędne życie, prowadzone przez sir Algernona.

 

Kiedy sir Percy przywiózł do Anglii młodą żonę, wyższe towarzystwo londyńskie przyjęło ich z otwartemi rękoma, a książę Walii okazywał obojgu nadzwyczajne względy. Wszyscy opowiadali sobie o wybrykach młodego milionera, sinieli się z niedorzecznych jego konceptów i wyszukanych strojów, które naśladowała cała złota młodzież. Wszyscy uważali go nieskończonego głupca, ale nie dziwili się temu, wiedząc, że matka była obłąkana.

 

Wszyscy byli dla niego bardzo uprzejmi. albowiem był ulubieńcem księcia Walii, miał najpiękniejsze konie w stolicy, wyprawiał świetne bale, na których wino lato się strumieniem. Niejedna ładna i wysoko urodzona panna byłaby chętnie została lady Blakeney bez względu na głupotę sir Percy'ego, ale on wydawał się bardzo zadowolony ze swego wyboru i nie miał za złe pięknej Margot, że okazywała mu wyraźne lekceważenie i często ostrzyła na nim swój dowcip. W prześlicznym pałacu w Richmond, u brani stolicy, ona rej wodziła, nosząc z nieporównanym wdziękiem przepyszne stroje i bezcenne klejnoty, któremi obsypywał ją zakochany w niej do szaleństwa małżonek.

 

Każdy musiał jednak przyznać, że sir Percy byt bardzo przystojnym mężczyzną i ubierał się z wielkim smakiem. Tego dnia, pomimo długiej podróży powozem, deszczu i błota, strój jego był tak wytworny, że mógłby w nim błyszczeć na dworskich salonach, a z pod długich mankietów z kosztownej koronki Malines wychylały się ręce białe i delikatne, jak u kobiety. Gdyby nie błazeńskie miny, przesadne ruchy i ciągły głupowaty śmiech, sir Percy każdemu mógłby się podobać.

 

Wszedł do gospody, kołysząc się i przez szkiełka zaczął przyglądać się swoim przyjaciołom.

 

— Jak się masz. Antosiu? jak się masz Andrzeju? — rzekł nosowym głosem -- okropna słota, co? Przeklęty klimat!

 

(d. c. n.).

 

Nasz Dom (tygodnik mód i powieści), 18/24-07-1914

 

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Korzystanie z Witryny oznacza zgodę na wykorzystywanie plików cookie, z których część może być już zapisanych w folderze przeglądarki. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Zbieranie danych o użytkownikach 

Serwis informacyjny 100lattemu.pl zbiera dane osobowe tylko tych użytkowników, którzy się zarejestrowali. Użytkownik, który rejestruje się na stronie wyraża zgodę na przetwarzanie swoich danych osobowych przez 100lattemu.pl w celach statystycznych i marketingowych. Informujemy, że zgodnie z art. 24 ust.1 pkt. 4 Ustawy o Ochronie danych osobowych podanie danych jest dobrowolne, a każdemu przysługuje prawo wglądu do swoich danych ich poprawiania oraz usunięcia.

 

Zbieranie danych statystycznych

Aby lepiej określić jakie działy, artykuły lub narzędzia znajdujące się w serwisie 100lattemu.pl najbardziej podobają się użytkownikom, podczas przeglądania stron serwisu zbierane są dane dotyczące liczby odsłon poszczególnych elementów serwisu. 100lattemu.pl będzie również przeprowadzał ankiety, mające na celu lepsze poznanie jego użytkowników oraz ich oczekiwań co do zawartości serwisu. Dane statystyczne o użytkownikach i ich preferencjach mogą być udostępniane osobom trzecim tylko w formie zagregowanej uniemożliwiającej identyfikację pojedynczej osoby.